Pierwszy. Jak już wspomniałem mamy dwóch synów. Teraz skupię się jednak na narodzinach starszego z nich - Artusia.
Kiedy termin się zbliżał mieliśmy już wszystko w miarę poukładane w głowach. Tak nam się przynajmniej wydawało. Torby, zarówno dla przyszłej mamy, jak i dla dziecka były spakowane i czekały w przedpokoju.
Jednego dnia położyłem się trochę później niż zwykle. Żona nie mogła zasnąć. Kręciła się na łóżku - nic niezwykłego w ciąży, ale mnie się bardzo chciało spać więc powiedziałem do niej.
- Śpij już - i odwróciłem się na drugi bok.
Już odpływałem, kiedy ona nagle mówi:
- Wody mi odeszły...
Natychmiast stanąłem na baczność i całe zmęczenie zniknęło jakby już był ranek. Jednak zachowując spokój, zaczęliśmy działać według ustalonego wcześniej planu. Zupełnie jakbyśmy to ćwiczyli setki razy. Doprawdy tak to mogło z boku wyglądać... albo przynajmniej mnie się tak zdawało.
Żona poszła do łazienki. Ja zacząłem zapisywać godziny kolejnych skurczy, a w międzyczasie popakowałem dokumenty, sprawdziłem trzy razy czy wszystko mamy i... zacząłem suszyć łóżko. Przecież jakże to: "żona wróci z dzieckiem ze szpitala, a tu łóżko nam zapleśnieje?". Chyba miała do mnie o to pretensje, że zamiast ważnymi sprawami zajmowałem się taką "błahostką", ale wszystko co miałem zrobić już zrobiłem. Poza tym z perspektywy czasu myślę, że mogłem być wtedy w lekkim szoku ;) Mimo tego całego przygotowania, zaprogramowania wręcz, mimo, że spodziewaliśmy się tego w każdej chwil, pojawiła się chyba jednak w podświadomości taka myśl: "To już?"
Kiedy żona była już gotowa, szybkie wejście do samochodu i później nocny "rajd" przez miasto. Żeby być szybko w szpitalu, ale jednak na tyle wolno, by było bezpiecznie. Oczywiście trzeba omijać wszelkie wystające nierówności, dziury i studzienki na drodze, które jakby na złość teraz się wszędzie czaiły i powodowały spokojną, acz stanowczą uwagę ze strony kobiety, która co chwila zagryzała zęby.
Jakoś dojechaliśmy. Na izbie przyjęć rutynowa papierologia. Przepytywali żonę, kiedy ona nie mogła mówić, ja odpowiadałem. Dalej notowałem częstotliwość skurczów. Na trakcie porodowym już wiedzieli, że do nich jedziemy. Tam na wstępie... kolejna papierologia. Dowiadują się, że poród ma być rodzinny. Musiałem włożyć specjalny strój szpitalny na swoje ubranie i takie ochraniacze na buty.
Najpierw położna podpięła KTG (mam nadzieję, że nie przekręcam nazwy) - sprawdzanie tętna dziecka. Później lekarz dyżurny zabrał żonę na badanie USG, a po nim... Mamy cały blok dla siebie. O dziwo żadna inna kobieta nie rodzi w tym samym czasie. Przypadek czy demografia. Nie ważne. Cały poród mamy "spokój".
Po prawdzie poród przebiegał spokojnie, prawie wszystkie jego fazy. Skórcz, odpoczynek. Skórcz odpoczynek. Przypominanie żonie o oddychaniu. Niby pamięta, ale jednak coś trzeba robić. To spacerek po bloku, to siadanie na wielkiej piłce, to stanie przy drabinkach. Przy większych skurczach oddech z aparatu z gazem (chyba jakiś rozweselający - przynajmniej niby miał uśmierzać nieco ból, choć panie przestrzegały żeby nie zaciągać się za dużo, bo może w głowie się zakręcić). To przerwa na "tatusiowe" sprawdzenie tętna dzieciątka, bo pani położna szybko "przeszkoliła" przyszłego tatusia jak to zrobić takim przenośnym urządzeniem.
Zbliżał się ranek. Poród według położnej postępował bardzo szybko jak na pierwszy raz. Zgodnie z informacjami zdobytymi podczas szkoły rodzenia zaczęło pojawiać się więcej personelu - znak, że już jest tuż tuż.
Cały czas stałem przy żonie. Naprawdę niezłe uczucie móc pomóc komuś bliskiemu w takiej chwili. Według wyuczonych zachowań przypominałem jej o oddychaniu, pomagałem się unosić, delikatnie zmieniać pozycję, a w razie potrzeby byłem "gniotkiem".
Zbliżał się koniec. Pojawiły się parte skurcze. Teraz rola przyszłego tatusia sprowadzała się jeszcze bardziej do przypominania. "Przyj". "Oddychaj". "Przyj". "Oddychaj". A żona co chwilę jęczała z bólu "już nie mogę". W sumie jak byłem świadkiem tego, to się jej wcale nie dziwię. "Przyj widać główkę" - powiedziała położna. Potwierdziłem i mobilizowałem żonę do dalszej aktywnej akcji. Tyle mogłem zrobić.
Pojawił się też i lekarz ginekolog. Po kilku minutach atmosfera zaczęła robić się nerwowa. Coś było nie tak. Żona parła, główka lekko wychodziła, ale nie mogła wyjść cała. Lekarz zaczął coś tam pod nosem marudzić, że tętno dziecka zaczęło słabnąć. Wydaje mi się, że nie był do końca zadowolony z tego, że na sali jest dodatkowy świadek wydarzeń - ja.
Tego co dokładnie mówili i robili Wam i nam zaoszczędzę, jednak z mojej perspektywy wyglądało na to, że sytuacja staje się naprawdę, delikatnie mówiąc niewesoła.
Na nasze szczęście (z perspektywy czasu i tego co widziałem później na oddziale mogę to stwierdzić) na dyżurze była wtedy chyba jedna z najlepszych i bardziej doświadczonych położnych w całym szpitalu, do tego miła i mądra. Nie poddała się presji i powiedziała do lekarza, że spróbuje zrobić jeszcze jedną rzecz.
Okazało się, że pępowina owinęła się wokół szyi naszego dziecka i przez
to "trzymała" go wewnątrz. Położna zrobiła to co wymyśliła, później jeszcze kilka zwinnych ruchów i...
Udało się! Główka wyszła. Niesamowite uczucie widzieć główkę małego człowieczka wystającą ciała kobiety. Jeszcze chwilka i... Jest! Artuś urodził się kilkanaście minut po godz. 5
Tego momentu nie zapomnę do końca życia. Nie opiszę Wam dokładnie co wtedy pomyślałem, ale uważam, że raczej nie wpisałbym się w żadne wzorce ;)
Nie pamiętam teraz dokładnie kolejności wydarzeń, więc mogę trochę przekręcić, ale położyli naszego synka na piersi żony, on przestał płakać, delikatnie otworzył oczka i jakby przytulił się do skóry mamy.
Wokół nas ruch był chyba spory, ale dla nas inni ludzie jakby byli teraz gdzie indziej.
Położna zapytała:
- Chcę pan przeciąć pępowinę?
- Jeśli dam radę, to tak - odpowiedziałem.
- Myślę, że da pan radę. Jak do tej pory pan dał, to i teraz też spokojnie.
Synek chwilkę poprzytulał się i możliwe nawet, że próbował ssać pierś (już nie pamiętam tego szczegółu).
Przeciąłem pępowinę.
Żona urodziła łożysko, któremu pilnie przyglądała się położna, lekarz też chyba powinien, ale tyko rzucił okiem.
Pielęgniarki "od dzieci" zabrały synka na stanowisko obok, pod lampę, żeby mu było ciepło. Tam go pomierzyły, zważyły, wykonały pierwsze zabiegi pielęgnacyjne na oczkach. Lekarz neonatolog go obejrzał dał 10/10 i poszedł.
Ja narobiłem zdjęć, nagrałem pierwsze filmiki. Chodziłem od dziecka do żony. Położna ją zszywała, bo popękała ponoć mocno. Pojawiło się też spore krwawienie, którego nie mogła zatamować. Szyła ją niemal godzinę.
W międzyczasie zapytałem żonę, czy może nazwalibyśmy go tak, a tak. Ona spojrzała na mnie wzrokiem z mieszanką zdziwienia i złości. "Przecież miał być Artuś, a z czym mi ty tu teraz wyjeżdżasz?". O to miała do mnie później jeszcze większe pretensje niż o łóżko w domu.
Dziecko mieli zabrać do sali poporodowej, poszedłem za nim, a chwilę później przywieźli żonę. Przytuliła syna, było już widno. Usiadłem koło nich. Moje kolana dały o sobie znać. Uświadomiłem sobie, że usiadłem pierwszy raz od 6 godzin. Nogi prawie wygięły mi się w druga stronę.
O wrażeniach napiszę może innym razem, żeby ten wpis nie był zbyt długi, a i może połączę wrażenia z obu porodów ;) Zapraszam do śledzenia nowych wpisów.
Komentarze
Prześlij komentarz