"Przyjeżdżaj. Nie udało się zatrzymać, poród się zaczyna". Coś takiego usłyszałem w słuchawce, kiedy koło północy zadzwoniła do mnie żona. Właściwie już kiedy zobaczyłem kto dzwoni czułem, że o to chodzi.
Tak na prawdę nie wiedzieliśmy, co to będzie. Był jeden plus tej sytuacji. Żona nie musiała zostawać na dłużej w szpitalu, czego się obawiała, tak jak opisywałem wcześniej. Kończył się ósmy miesiąc ciąży, więc mogliby chcieć zatrzymać ją do samego planowanego terminu, chociaż pewnie trudno by jej było wysiedzieć na oddziale ze świadomością, że czeka na nią w domu półtoraroczne dziecko.
Teściowa została z synkiem. Ja natomiast po cichu, ale jednak szybko wyszedłem z domu i popędziłem do szpitala. Tam, jak za pierwszym razem udałem się na trakt - do porodu rodzinnego, o czym małżonka zdążyła już poinformować personel. Ponownie konieczne było specjalne wdzianko dla taty.
Akcja była już dość zaawansowana. Żona ciągle leżała jeszcze na łóżku, ale ponieważ wiadomo było, że to już poród położna odpięła od niej wszystko, co nie było konieczne i pozwoliła się podnieść.
Chyba się przytuliliśmy. Niepewność była spora i dawała się nam obojgu we znaki. Niby taki poród był już dla dziecka w miarę bezpieczny, jednak tak naprawdę najlepiej, jeśli rodzi się ono o czasie, kiedy już wszystkie organy są w pełni ukształtowane jeszcze w brzuchu u matki.
Tym razem od dłuższego czasu rodziła również inna kobieta, z tego co słyszeliśmy swoje pierwsze dziecko (w naszym szpitalu nie ma osobnych sal, na trakcie są oddzielone ścianami stanowiska, ale z tych sąsiednich właściwie słychać wszystko, co było mówione normalnym głosem). Bardzo ją bolało i krzyczała całkiem głośno. Kiedy zobaczyła, że ja przyjechałem do swojej żony ona zadzwoniła po swojego męża, czy chłopaka. Czekał chyba na zewnątrz, gdzieś pod oddziałem, albo mieszkali blisko, bo pojawił się kilka minut później. Po jakimś czasie przyszedł lekarz porozmawiał z nią i jej mężem i zabrali kobietę na cesarskie cięcie.
Trafiliśmy też na inną, również doświadczoną położną. Może na oddziale wydawała się nieco bardziej "szorstka" od poprzedniej, jednak na trakcie zachowywała się całkowicie profesjonalnie i miło na tyle, na ile może pozwolić sytuacja.
Skurcze pojawiały się coraz częściej. Poród w moim odczuciu wydawał się iść sprawnie i podobnie do pierwszego. Teraz miałem już jakieś doświadczenie, wiedziałem w praktyce czego mniej więcej mogę się spodziewać. Żona również zachowywała się podobnie, chociaż tym razem wymsknęło jej się:
"Coś ty mi zrobił?!"
A po kilku skurczach później dodała jeszcze coś w stylu:
"Gdyby kobiety, dzięki dzieciom, nie zapominały, jakie to są bóle porodowe, to chyba mało która zdecydowałaby się mieć więcej niż jedno.
Co mogłem zrobić? Przytakiwałem, znów przypominałem o oddychaniu, trzymałem ją. Moja rola do tego się sprowadzała. Chciała, żebym był przy niej, to byłem.
Położna co jakiś czas sprawdzała sytuację. Przed 2 w nocy, tak jak za pierwszym razem zaczęło się pojawiać więcej osób. Mimo sytuacji z przedwczesnym porodem nikt mnie nie wyganiał. Cały czas mogłem być przy żonie.
Kiedy było już na prawdę blisko zauważyłem, że na sali było całkiem tłoczno. Poprzednio tego aż tak bardzo nie odczułem, byłem kupiony całkowicie na czym innym. Teraz też skupiałem się przede wszystkim na żonie i dziecku, ale bylem już na tyle oswojony z sytuacją, że mogłem zauważyć nieco więcej szczegółów.
Poród szedł na tyle szybko, że lekarze zdążyli przybyć w ostatniej chwili, jakby zaspani...
Heniś przyszedł na świat!
Tym razem nie było takich komplikacji jak poprzednio, choć nikt mnie już nie pytał czy chcę przeciąć pępowinę, a synek został położony żonie na piersi tylko na chwilkę, po czym pielęgniarki zabrały go na stanowisko obok.
Co ciekawe jak na wcześniaka urodzonego o miesiąc przed terminem był w miarę duży, lżejszy od naszego pierwszego synka (urodzonego o czasie) jedynie o 200 gram. Dla mnie największą różnicą, jaką zauważyłem były zawinięte do wewnątrz uszka, poza tym wyglądał całkiem normalnie.
Lekarz od dzieci dał mu 7/10, co jedna z pielęgniarek skwitowała pod nosem: "Czemu? Przecież krzyknął." Siostry zawinęły go, wykonały pierwsze zabiegi i po pewnym czasie zabrały na oddział noworodkowy.
Żona kazała mi iść za nim. Zabrałem co miałem zabrać, zostawiłem torby w sali, w której miała leżeć żona i poszedłem za dzieckiem.
Kiedy przyszedłem pod oddział neonatologiczny (chyba tak się nazywa cała specjalizacja od noworodków) pielęgniarki wkładały Henisia do inkubatora, a lekarze mu się przyglądali. Nie wszedłem na sam oddział, ale oglądałem wszystko z pewnej odległości przez uchylone drzwi. Tak trochę z obawy, że mógłbym zanieść jakieś zarazki do dzieci (jeszcze jedno było w inkubatorze obok), a może i po prostu nie wiedziałem, czy na ten oddział można wchodzić, a nie miałem się akurat kogo zapytać.
To jednak jest już temat na inny post. Postaram się napisać niebawem o tym, jak z mojej perspektywy wyglądał pobyt w szpitalu po porodzie. W innym spróbuje opisać z czym związane jest urodzenie się wcześniaka.
Pozdrawiam i zapraszam do śledzenia strony :)
Komentarze
Prześlij komentarz